English Español Français Deutsch Italiano Český Polski Русский Română Українська Português Eesti 中文

Współczesna wiedza o Bogu, Ewolucji, sensie życia człowieka.
Metodologia duchowego doskonalenia się.

 
Moja ścieżka do Niego
 

Niezwykła podróż do Davida Copperfielda/Moja ścieżka do Niego


Moja ścieżka do Niego

W obecnym ciele mieszkam na Ziemi już prawie pięćdziesiąt lat, jako biolog i ekolog1, absolwent Uniwersytetu Petersburskiego (moja praca doktorska dotyczyła prawidłowości kształtowania zachowań). Wiele lat pracowałem w różnych dziedzinach medycyny.

Byłem ateistą, jak prawie wszyscy w zbeszczeszczonej przez KPZR Rosji. Kiedyś, niespodziewanie spotkałem się z informacją o uzdrawianiu duchowym. Początkowo — nie uwierzyłem w taką możliwość, jednak — jako naukowiec — zdecydowałem się ją sprawdzić. Fakty przekonały mnie o istnieniu zjawisk nie mieszczących się w granicach nauki materialistycznej: otworzył się przede mną świat energii, którymi można sterować, uzdrawiając ludzi, zwierzęta, rośliny.

Zacząłem wtedy doskonalić w sobie zdolności bioenergoterapeutyczne, stosując metody hatha i radża jogi, bezkompromisowo odżywiając się w sposób nie krzywdzący zwierząt. W miarę oczyszczania organizmu i rozwoju jego bioenergostruktur stopniowo odkrywałem — warstwa za warstwą — wielowymiarowy, wieloraki, ożywiony wszechświat, zasiedlony przez duchy o różnym poziomie rozwoju, a w swojej głębi — w warstwie pierwotnej — przez Świadomość Stwórcy.

Potrzebowałem lat na dojście do tego poziomu. Nie miałem ucieleśnionego duchowego Nauczyciela, który mógłby szybciej poprowadzić mnie tą Drogą — widocznie w tamtych latach w Rosji w ogóle nie było takiego. Moim Nauczycielem został zatem niewcielony Rozum Boga, z Którym nauczyłem się obcować dzięki dążeniu ku Niemu.

Prowadził mnie, podając tylko podstawowe wytyczne, a także stwarzając sytuacje, w których miałem uczyć się podejmowania prawidłowych decyzji. Było to bardzo trudne i długotrwałe, jednak — jako uczonemu — pozwalało mi dokładnie i wszechstronnie badać wszelkie niuanse tej Drogi, np. słuszność stawianych kroków oraz konsekwencje tych niewłaściwych. Na podstawie tego doświadczenia udało mi się ukształtować ciąg wielu praktyk: ścieżkę od znajomości materii do poznania Boga — Odwiecznej Świadomości wszechświata, Stwórcy wszystkiego, co materialne, Najwyższego Nauczyciela i Celu wszystkich istot. W trakcie tej pracy z przyzwyczajenia naukowca-eksperymentatora — notowałem wszystkie spostrzeżenia, przebieg na sobie przeprowadzanych doświadczeń, wskazówki Nauczyciela, wnioski, wykryte prawidłowości. W ten sposób stopniowo powstało kilkanaście książek, poświęconych metodologii rozwoju duchowego.

W najkrótszej formie następująco można przedstawić zdobytą wiedzę:

Przestrzeń jest wielowymiarowa — nie tylko w teorii, lecz także w praktyce. Jednak tej wielowymiarowości nie można zbadać jakimikolwiek przyrządami materialnymi, które w pełni rejestrują tylko informację pochodzącą ze świata materialnego.

Wielowymiarowa przestrzeń bezpośrednio może zostać zanalizowana przez świadomość badającego. W tym celu powinien on pracować w kierunku usubtelnienia i wzmocnienia swojej świadomości, a sukces może zostać osiągnięty jedynie w przypadku wystarczającej intelektualnej i etycznej jego dojrzałości. Wtedy właśnie można poznać świadomość, istniejącą we wszystkich przestrzennych wymiarach, włączając najwyższy — Przybytek Stwórcy. Bóg zatem jest poznawalny, ale jedynie dla godnych tego poszukiwaczy, poświęcających na to swoje życie.

Powinienem tu przynajmniej schematycznie wytłumaczyć, czym są przestrzenne wymiary (gr. eony). (Chociaż do pełnowartościowego pojmowania wielowymiarowej natury wszechświata nie można dojść na podstawie słów: osiąga się je wyłącznie przez osobiste doświadczenie poznania bezpośredniego.)

Rozpatrzmy zatem następujący schemat:

Wyobraźmy sobie napełnione wodą akwarium: szkło ścianek, woda, piasek na dnie reprezentują substancję najgęstszego przestrzennego wymiaru. W tej samej objętej przez akwarium przestrzeni obecne jest też światło, fale radiowe, pola magnetyczne, grawitacyjne itd., choć te wszystkie stany energetyczne w zwykłych warunkach nie współoddziałują (albo prawie nie współoddziałują).

Podobną sytuację widzimy w realnym wielowymiarowym wszechświecie, składającym się z szeregu przestrzennych wymiarów (światów), współistniejących w tej samej objętości. Różnicę między nimi można określić, stosując skalę subtelności--niesubtelności: właściwe każdemu z nich emanacje obejmują na tej skali odrębne zakresy zasadnicze. Są to odmienne stany życia, charakterystyczne dla różnych “pięter budynku” wielowymiarowości. Emanacje najgęstszego wymiaru są stosunkowo stacjonarne, to — materia gęsta. Na drugim końcu skali sytuuje się Odwieczna Świadomość Stwórcy. Między nimi występują warstwy (“piętra”), zamieszkałe przez duchy o różnym poziomie rozwoju: subtelne są bliżej Stwórcy, a niesubtelne — dalej. Pierwsze przebywają w raju, drugie — w piekle: każdy wśród sobie podobnych.

Czy istnieją zatem w każdym wymiarze zgromadzenia niewcielonych dusz, miejsca ich zlokalizowania? Owszem, ale nie to jest rzeczą najistotniejszą. Ważne, że w raju panuje miłość, harmonia, wrażliwość, delikatność, czułość — cechy wypielęgnowane podczas życia na Ziemi przez obecnych mieszkańców raju. W piekle natomiast dominuje złość, nienawiść, przemoc, ból, zgroza — właściwe dla mieszkańców piekła, którzy rozwinęli swoje złe cechy też już wcześniej na Ziemi.

Właśnie typowy dla danego człowieka poziom usubtelnienia świadomości predestynuje to, do jakiego przestrzennego wymiaru on trafi, przebywając w nim aż do kolejnego wcielenia (jeżeli ono nastąpi). Wyciągnijmy z tego odpowiednie wnioski!

Zdaniem niektórych raj i piekło z góry determinują konkretne decyzje i czyny. To też prawda, jednak w tym przypadku mówi się już o innym piekle i raju, czyli używa się tych określeń w znaczeniu przenośnym: o tym, co będzie w przyszłym ziemskim wcieleniu. Chodzi tu o los, który każdy sam sobie buduje przez swoje nacechowane etycznie decyzje i odpowiednie czyny. Właśnie w zależności od tego bezpośredni Zarządca losów — Duch Święty (Brahman), kierowany przez Stwórcę i kierujący duchami, wybierze dla każdego miejsce zamieszkania, rodziców, choroby, będzie kontaktował z tymi lub innymi ludźmi — dobrymi i złymi, mądrymi i głupimi, itd.

Przykładowo, jeżeli teraz nasze wady przyczyniają takich czy innych cierpień innym czującym istotom, to później my sami zostaniemy postawieni w sytuacjach, w których doznamy tych samych cierpień, abyśmy się nauczyli współczucia dla cudzego bólu, poznając swój. Zadając zatem fizyczny ból innym, “programujemy” go we własnym losie, podobnie też kradnąc teraz — kształtujemy swoje przeznaczenie tak, że będą nas okradać. Jedynym sposobem uniknięcia tego jest szczera skrucha, zdolna do wyeliminowania w sobie zdolności dokonywania takich czynów. Los tych, którzy już się nauczyli nie wyrządzania krzywdy innym będzie o wiele jaśniejszy.

Inne wady, jak lenistwo w duchowym rozwoju, egocentryzm, przywiązania do tego, co ziemskie również zmuszają Boga do sprawiania nam bólu, aby poprzez to skłonić nas do szybszego doskonalenia się.

Przykładowo uwolnienie się od ziemskich przywiązań (włączając w to przywiązanie do własnego ciała) bywa dosyć bolesne, jeżeli sami dobrowolnie nie rozpoczynamy z nimi walki. Tymczasem równolegle z tym koniecznie powinien postępować proces wzrostu przywiązania najwyższego — przywiązania-Miłości do Stwórcy. Jest to możliwe tylko dzięki owocnej psychoenergetycznej pracy nad sobą: stopniowe zbliżenie się do Ukochanego i poznanie Go jest dostępne jedynie rozwiniętej nie tylko jakościowo, lecz także i ilościowo świadomości.

Warto dodać, że intensywna praca nad ziemskimi przywiązaniami jest wskazana wyłącznie dla osób, które już się zbliżyły do najwyższych stopni rozwoju duchowego. Pozostali powinni pamiętać, że właściwe ziemskie przywiązania nacechowane miłością, sprzyjają rozwojowi człowieka, np. kształtując w nim zdolność do poświęcania się, by pomóc innym.

Jak już wspomniałem, jednym z najskuteczniejszych sposobów uwolnienia się od wad jest skrucha.

Jednak forma skruchy, którą narzuca wierzącym wielu duchownych cerkwi prawosławnej jest nieefektywna i nie przynosi powodzenia. Istota ich podejścia jest bowiem taka:

Ogólnie rzecz biorąc, grzeszyć jest oczywiście niedobrze. Wszyscy jednak jesteśmy grzeszni, wszyscy grzeszymy i z grzechu (jako słabi, niedołężni) tak czy inaczej się nie uwolnimy. Bóg zaś dzięki Swemu miłosierdziu wybacza grzechy. Aby to uzyskać, należy jedynie przyjść do spowiedzi do cerkwi i poprzez pośrednika-duchownego zgłosić Bogu — przepraszając — dokonane przewiny. Potem można będzie znów powtarzać te same grzechy — czemu nie? — przecież Bóg tak samo wybaczy je, jeżeli, oczywiście, nie zapomnimy ponownie przyjść do batiuszki2 ... Rozumiane są także “dobrowolne datki” na rzecz cerkwi.

W średniowieczu w kościele katolickim tendencja ta znalazła jeszcze absurdalniejszy wyraz: wówczas można było z góry zapłacić za zaplanowany grzech i nawet otrzymać (czyżby dla Boga?) pokwitowanie, zwane indulgencją.

Właśnie wtedy w Europie Zachodniej powstał ruch, protestujący przeciwko takiej praktyce drwiny z religii i okłamywania wierzących. W ten sposób powstały istniejące dotąd kościoły protestanckie, nawołujące wiernych do nawiązania właśnie osobistego kontaktu z Bogiem Żywym, bez pośredników — wcielonych bądź niewcielonych.

Istotą skruchy jest żal, właśnie emocja żalu, a nie formalne “sprawozdanie” lub formalne “wybacz”. Podstawą żalu zaś powinno być współczucie — oczywiście, nie sobie, z obawy przed Bożą karą, lecz ofiarom swoich przestępstw, błędów. Sens żalu polega na tym, aby uwolnić się od wady (cechy charakteru, właściwości duszy), której konkretnymi przejawami są właśnie grzechy.

Prawidłowo uruchomiony mechanizm skruchy da dobre owoce, nawet jeżeli w tej sytuacji nie zwrócimy się do Boga, a jedynie do ofiar swoich grzechów, z zamiarem chociażby jakiegokolwiek okupienia swojej winy. Nawet jeśli jest to już niemożliwe, na przykład z powodu śmierci poszkodowanych, to również w tej sytuacji można wobec nich wyrazić swoją skruchę: bowiem duchy tak ludzi, jak i zwierząt doskonale odbierają każde posłanie do nich od wcielonych osób.

Poprzez rozwój albo wykorzenienie w sobie wad sami kształtujemy swój los w tym i przyszłych ziemskich żywotach. Postarajmy się więc stać się lepszymi!

...Na czym polega sens życia człowieka? — Na jakościowym i ilościowym rozwoju świadomości. Powinniśmy stać się doskonałymi, jak doskonały jest Bóg — w ten sposób sformułował zadanie człowieka Jezus Chrystus. Wówczas to wstępujemy do Przybytku Boga i tam łączymy się z Nim, aby pozostać w Nim na zawsze.

Jakościowy rozwój ma trzy kierunki: etyczny, intelektualny, a także usubtelnienie świadomości.

Stwórca nie dopuści do Siebie etycznie niedoskonałych osób, które skazują siebie na nurzanie się w cierpieniach ziemskich żywotów.

Rozwinięty intelekt również jest niezbędny do zdecydowanego i szybkiego postępu. Bez niego człowiek nie może zorientować się w licznych trudnościach pracy duchowej i nawet osiągając określone szczeble drabiny wstępowania duchowego, z całą pewnością utraci te pozycje, spadając niekiedy bardzo boleśnie.

Intelektualny aspekt rozwoju jest najtrudniejszym i najwolniej realizowanym w osobistej ewolucji, ale właśnie decyduje na drodze duchowej. Bez odpowiedniego poziomu intelektualnego człowiek nie jest w stanie zorientować się nawet w prawach etyki...

Stwórca posiada trzy podstawowe cechy: Miłość, Mądrość i Moc. Na drodze do Niego powinniśmy je uzyskać również i my.

Wieloaspektowa Miłość — jako współczucie, troskliwość, czułość, zdolność do poświęcenia itd. — rozwija się przede wszystkim przez etyczną pracę nad sobą.

Mądrość nabywa się dzięki otrzymywaniu wykształcenia, pracy twórczej w różnych sferach działalności społecznej.

Moc (w przyjętym rozumieniu nie ciała, a świadomości) odzwierciedla poziom jej “skrystalizowania”. “Krystalizacja” świadomości, termin zaproponowany przez G. I. Gurdżijewa, oznacza wzrost wielkości “bryłki” (“cząstki”), czyli ilości energii indywidualnej świadomości człowieka.

Dla ludzi wychowanych w tradycji materialistycznej zrozumienie tego jest bardzo trudne; przecież termin “świadomość” został sprowadzony przez materialistów do tożsamego z pojęciami “rozum” czy “umysł”. W nauce duchowej tym słowem oznaczamy samą uświadamiającą siebie jednostkę.

Człowiek nie jest ciałem. Utożsamianie się z ciałem to nieunikniony błąd, w który wpadają wszyscy wcieleni ludzie na początku ziemskiego życia. Niektórzy z nich (pod wpływem tradycji religijnych i początkowych praktyk duchowych) pojmują swoją nietożsamość z ciałem, co może zapoczątkować intensywną pracę duchową nad przeobrażeniem siebie już nie jako ciała, lecz świadomości.

Na tej drodze doskonalenia człowiek najpierw dostosowuje siebie do zalecanych przez Boga norm etycznych, równolegle poszukując wiedzy duchowej — o Bogu, sensie życia człowieka, ewolucji.

Najpierw ludzka świadomość może mieć wielkość piłki tenisowej i być mocno przytwierdzona do tej lub innej czakry. Początkowe praktyki psychoenergetyczne sprowadzają się do tego, aby opanować przemieszczanie się w postaci tej “bryłki” energii w obrębie swego ciała — z czakry do czakry, po podstawowych meridianach itd.

Nauka jednoczesnego uświadamiania sobie całego ciała stopniowo doprowadza do powiększenia świadomości do jego wymiarów. Następnie świadomość wyprowadza się poza granice ciała, do otaczającego go “kokonu” bioenergetycznego, a potem i dalej.

Wtedy zaczyna się bardzo niebezpieczny etap pracy, który pokonują tylko nieliczni...

...Człowiek, nie podejmujący takich praktyk psychoenergetycznych, “chowa” się przed otaczającym go światem niematerialnym, zamieszkałym przez istoty niematerialne, we własnym ciele. Kiedy zaś ono umiera, zostaje zupełnie “nagi” wśród duchów (tego przestrzennego wymiaru, na który sobie zasłużył), bowiem “schować” się już nie ma gdzie.

...Prawie w taką samą, lecz odwracalną sytuację dostaje się mistyk, który nauczył się pozostawiać swoje jeszcze żyjące ciało. Jeżeli przy tym trafia on do piekielnych warstw wszechświata, to zaczyna być prześladowany, straszony, okłamywany, kuszony do popełniania absurdalnych i niezgodnych z normami etycznymi uczynków. Ustalone więzi z duchami piekła zachowywane są i wówczas, gdy ten mistyk ponownie “chowa” się do ciała. Co więcej, po wielokrotnych świadomych wyjściach z ciała więź z nim słabnie i zaczynają się mimowolne “wypadnięcia”. Sytuacja pogarsza się we śnie, pod wpływem alkoholu i innych psychodelików. Taki człowiek popada w uzależnienie od duchów, zaczyna mylić informacje, nadchodzące z różnych przestrzennych wymiarów, w świecie materialnym jego zachowanie staje się nieadekwatne do sytuacji. Tak właśnie wygląda rozwój psychopatologii typu schizofrenicznego.

Dlatego praktyki, doprowadzające do oddzielania świadomości od ciała, nie powinny być stosowane przez osoby, które jeszcze się nie utrwaliły w subtelnych stanach świadomości i na razie nie są wystarczająco intelektualnie i etycznie dojrzałe.

Pod wpływem wspomnianych technik adept odrywa się od świata gęstej materii. Co powinno za tym iść?

Należy wszystkie swoje siły skierować na jednoczenie się, stapianie się z Boską Świadomością. Jednak w tym celu człowiek powinien już wcześniej ukształtować intensywne dążenie ku Stwórcy, posiadać silną emocję Miłości do Niego, zrodzoną przez lata w cierpieniach dotkliwego odczuwania rozłąki z Nim i opartą na głębokim i różnoaspektowym poznaniu Go...

Nasuwa się pytanie, czy wielu ezoteryków to posiada; a co z tymi, którym tego brakuje?

W tym przypadku taki człowiek staje się samotny i zagubiony pomiędzy materią a Bogiem, już nie zdolny do codziennego życia zwyczajnych, “materialnych” ludzi i jeszcze nie zdolny do wiecznych objęć Miłości z Ojcem Niebieskim... Stopniowo ogarnia go poczucie samotności, smutku, beznadziei i rozpaczy — zbliża się załamanie psychiczne...

Chcąc tego uniknąć, należy pamiętać, że wyższe stopnie wstępowania duchowego nie są przeznaczone dla wszystkich chętnych, a jedynie dla rzeczywiście intelektualnie i etycznie dojrzałych, doświadczonych adeptów. Powinien to bardzo dokładnie uświadomić sobie każdy nauczyciel praktyk ezoterycznych.

Uczniowie, którzy są rzeczywiście godni przyjęcia najwyższych wtajemniczeń, mogą na Drodze duchowej uczynić to, czego nie potrafi sobie nawet wyobrazić większość mieszkających na Ziemi osób.

Jeżeli człowiek dobrze utrwali się w najwyższych przestrzennych wymiarach i wykazuje intensywne i stabilne dążenie ku Zjednoczeniu się z Ojcem, a także dysponuje dogłębną wiedzą na temat poruszanych w niniejszym opracowaniu zagadnień, to za pomocą specjalnych praktyk w końcu powiększa swoją świadomość do wielkości współmiernej do wymiarów Ziemi. Staje się wszechistniejącym na naszej planecie, w wymiarach Ducha Świętego; potem zaś poznaje Stwórcę.

... W ciągu lat wytężonej pracy udało mi się pokonać tę część Drogi. Nie byłem jednak jeszcze całkowicie wolny od tego, co “ziemskie”: w Rosji jak i w innych krajach miałem wielu zwolenników-uczniów. Odczuwałem zatem swoją jedność z tą “strukturą” i nawet nie wyobrażałem sobie siebie poza nią, co przeszkadzało mi w pokonywaniu dalszych etapów ku stawaniu się jednością ze Stwórca.

Zaproponował mi zatem, abym oderwał się od uczniów, pozostawił ich, tym bardziej że i tak dałem nieomal każdemu z nich to wszystko, co potrafił przyjąć; na tym etapie ich rozwoju prawie nikt nie mógł dalej za mną podążać. Idea zaprzestania służenia ludziom w znany już sposób była jednak dla mnie na tyle obca, że nawet nie zrozumiałem Jego myśli.

...Taki jest paradoks ewolucji: to, co jest dobre na określonym etapie osobistego rozwoju, okazuje się złe, “hamujące” na kolejnych etapach.

...Co więc mógł uczynić Bóg w danej sytuacji? Jeżeli nie rozumiałem łagodnych sposobów przekazania jego woli, musiał mnie — dla mojego dobra — przymusić do jej realizacji.

Wykorzystał zatem w tym celu szatana.

... Dla większości ludzi Bóg i szatan to tylko abstrakcja. Myślą mniej więcej tak: w Boga należy wierzyć, obydwu zaś się lękać: Bóg — karze, co zaś się tyczy szatana... — zresztą kim jest szatan? — “upadły anioł”..., skusił Ewę, Ewa skusiła Adama... Ale jaki to ma związek z nami?

Bóg i szatan to nie abstrakcyjne pojęcia. Bóg jest jeden (chociaż odmiennie określany w różnych językach), szatanów zaś jest wielu. Przypowieści Starego Testamentu opowiadają o jednym z nich, jedynie wyjaśniając istotę samego zjawiska, a mianowicie pochodzenie szatanów i ich wzajemne stosunki z Bogiem. W Koranie zaś Bóg mówi już właśnie o szatanach, tj. używając liczby mnogiej.

W rzeczywistości szatani to — mocniejsi w porównaniu z biesami — mieszkańcy piekła. Ich siła to skutek wysokiej “krystalizacji” ich świadomości, co zostało przez nich osiągnięte podczas poprzednich ziemskich żywotów w wyniku specyficznych metod nauczania praktyk ezoterycznych w specjalnych satanistycznych czarnomagicznych szkołach lub nawet po prostu przez nauki u niegodnych nauczycieli technik ezoterycznych.

Szatani na Ziemi wcielają się ponownie. Już od dzieciństwa przejawiają wyjątkową agresywność i skłonność do innych wad (przykładowo zob. artykuł “Dlaczego dzieci są różne?” [20]), a kiedy wydorośleją, to zachowują się jako mocni “niszczyciele przemijającego świata” [7], co w języku psychiatrii określa się mianem pobudliwych psychopatów i agresywnych paranoików. Mogą nawet zostawać wybitnymi politycznymi działaczami, jak obecnie widzimy to w Rosji... Wskaźnikiem tego, że naród jest totalnie duchowo niezdrowy jest ich duża popularność w społeczeństwie...

...Szatan jednak nie potrafi skusić prawych: człowiek mądry i etycznie ustabilizowany nie będzie zdolny do żadnych podłych czynów, jakkolwiek zręcznie by go nie kuszono.

Wobec tego w celu pouczenia mnie została wybrana odpowiednia grupa ezoteryczna, gdzie pod kierownictwem zbuntowanej przeciwko mnie mojej dawnej uczennicy, kształcono właśnie przyszłych szatanów. Kiedyś odsunięta przeze mnie od prowadzenia zajęć i nauki, jako niezdolna do dalszych postępów duchowych, pragnąca pozostać mimo wszystko w roli “duchowego lidera” kompletowała własne grupy uczniów, nie na zasadzie ich godności do przyjęcia wiedzy ezoterycznej, a jedynie na podstawie chęci pobierania u niej nauk. Wtedy etycznie i intelektualnie prymitywne osoby uczyła metod rozwoju siły magicznej, co dodatkowo doprowadziło (jak właśnie miało się zdarzyć), do ukształtowania u nich poczucia, że są “wybrańcami”, osobami supergodnymi, którym wolno czynić wszystko.

Pewnego razu zatem właśnie oni, kierowani przez szatana, zarzucili mi popełnienie czynu, do którego zasadniczo nie byłem zdolny, zapałali wściekłością wobec mnie, sami wydali wyrok i, nawet nie porozumiewając się ze mną, sami też go wykonali (opowiadam o tym w autobiografii [2]).

...Przyjechała milicja, sporządzono protokół, później wytoczono sprawę, rozpoczęto poszukiwanie przestępców...

... Nie udało im się od razu mnie zabić. Tymczasem ciało zostało zrujnowane: wstrząs mózgu, przetrącone i zwichnięte żebra, ale najgorsze było to, że ucierpiał kręgosłup, stając się na wiele miesięcy źródłem intensywnego, nieprzerwanego bólu...

...Kiedyś, około 20 lat temu, modliłem się do Boga, aby dał mi możliwość powtórzenia wielkiego czynu Jezusa Chrystusa — czynu Jego ofiarnego służenia ludziom. On pobłogosławił mi na to i umożliwił mi to. Jeszcze w epoce rządzenia Breżniewa, zacząłem głosić Boga Żywego, dając uczniom możliwość — dzięki specjalnym technikom medytacyjnym — poczucia Go, odczucia siebie jako świadomości, a nie ciała. Wówczas uczniowie całymi grupami szli przyjmować chrześcijański chrzest. Moje książki o drodze do doskonałości, utrzymane w naukowym stylu językowym, podawały naukowe wytłumaczenie zasad doskonalenia duchowego. Wytrzymywałem nieustanną presję KGB, śledzono mnie, nasyłano prowokatorów i nawet mafiozów, przez kilka lat nie dochodziły do mnie listy, agenci KGB rozpowszechniali o mnie dyskredytujące pogłoski, “polewała brudem” jedna z miejskich gazet, dwukrotnie miałem rozmowy z prokuratorami. Przez wiele lat szedłem “wzdłuż urwiska, ponad przepaścią, wzdłuż samego jego skraju"3 i byłem gotowy na swoją Golgotę.

Jednak nadeszła pieriestrojka, religia wyszła na swobodę, zaczęło się wydawać, że Golgoty nie będzie...

Mimo to nadeszła w niespodziewanym dla mnie, lecz najbardziej trafnym — patrząc oczami Boga — czasie.

Powinienem był wtedy zostać sam na sam z Bogiem, bez obciążenia uczniami i obowiązkami wobec nich. Dlatego wisiałem teraz na granicy śmierci ciała, w stałym strasznym bólu. Czekałem na śmierć, lecz nie przychodziła.

Wtedy zacząłem próbować dematerializować ciało, tym wysiłkom poświęciłem cały czas — i dzięki temu uzyskałem dalszy znaczny postęp, ale dematerializacji nie osiągnąłem.

Śmierć jednakże nadeszła — nawet dwukrotnie — po upływie kilku miesięcy.

Gdy po raz pierwszy umarło ciało, po kilku sekundach oderwałem się od niego i zachowując świadomość w całej jej pełni, wpłynąłem do Przybytku Ducha Świętego. Zostałem przyjęty z Boską Miłością, ale... przecież dążyłem do Przybytku Ojca... Wówczas dołożyłem wszelkich starań, aby powrócić do ciała.

Mniej więcej po dwóch miesiącach nowych wysiłków w samodoskonaleniu, umarłem ponownie. Tym razem nawet nie było etapu odrywania siebie od ciała: jak gdyby wypadłem z powłoki cielesnej — i bez dokładania jakichkolwiek starań przeniosłem się w Objęcia mojego Ukochanego.

Jak długo trwał ten stan — nie pamiętam. Obudziłem się dopiero rano dnia następnego (tj. po upływie około 15-17 godzin) — bez spontanicznego bólu w kręgosłupie. Był to cud — On Sam potwierdził: “To prawda, osiągnąłeś Cel”.

...Obecnie z uśmiechem wspominam to, jak dowiedziawszy się po jakimś czasie, kim byli moi napastnicy, oszołomiony absurdalnością, szaleństwem ich czynu, przez dłuższy okres ukrywałem ich imiona nawet wobec najbliższych przyjaciół, naszych wspólnych znajomych. Wówczas, sam umierając, pragnąłem uratować ich — moich zabójców — od hańby: wciąż myślałem, że lada chwila się opamiętają, przyjdą z przeprosinami, pełni skruchy...

...Więc o moim zwycięstwie przesądziła jeszcze jedną próba: możliwość decydowania o losie przestępców, bowiem znałem ich imiona i adresy — tak organizatora napadu, jak i przywódcy całej bandy. Wystarczyłoby teraz przekazać dane milicji, by zostali aresztowani i osądzeni na spory okres...

... Nie chciałem się mścić. Wiedziałem bowiem, że stałem się ofiarą nie profesjonalistów bądź osób obłąkanych, których należałoby odizolować od innych ludzi, a po prostu ludzi prymitywnych, godnych politowania, którzy przecież i tak nie uciekną od karmicznych konsekwencji swego przestępstwa...

Zacząłem patrzeć na tę sytuację z pozycji Boskiej Opatrzności: zastanawiałem się, co będzie korzystniejsze, aby ci ludzie stali się lepszymi w potoku ewolucji wszechświata — czy wysłać ich na lata do kryminału czy też spróbować poprawić ich dusze tutaj, na wolności, poprzez skruchę?

Wybrałem to drugie i spróbowałem nakierować ich na tę drogę za pomocą właśnie ich nauczycielki, zresztą w przeszłości mojej dobrej znajomej, a pracowników rosyjskiego MSW poprosiłem, by “zamrozili” sprawę.

Pamiętam, że jeden z nich zapytał: “A czy Pan się nie obawia o swoje bezpieczeństwo w przyszłości?” — Nie, odpowiedziałem — teraz powinni bać się oni: spotkania ze mną, z organami sprawiedliwości, z Bogiem, jeżeli tylko kiedyś zostaną wierzącymi.

Mój pomysł ze wzbudzeniem w nich skruchy się nie powiódł: ich przywódczyni nie potrafiła wytłumaczyć im, czym jest skrucha, a sama pośpiesznie wyjechała z Rosji, wychodząc za mąż za cudzoziemca.

Nie żałuję jednak, że wtedy im wybaczyłem; przynajmniej ja na tym zyskałem.

Gdybym wówczas postąpił inaczej, to ile czasu i sił musiałbym stracić, uczestnicząc jako poszkodowany w procesie! Zamiast tego w ciągu miesięcy umierania napisałem, a następnie wydałem cztery nowe książki [2-4,7], podsumowując w nich wszystko, czego dokonałem i co poznałem; ponadto, jak już wspominałem, udało mi się nie tylko uzyskać możliwość “wstępu” do Przybytku Stwórcy, lecz też, dążąc do umierania, “zadomowić” się w nim na tyle, że po śmierci ciała w naturalny sposób tam się przyciągnąłem.

...Pragnąłbym także wspomnieć o moich własnych “doświadczeniach pośmiertnych".

Przede wszystkim utrata przytomności i śmierć kliniczna to zasadniczo odmienne i niepodobne do siebie stany.

W trakcie pierwszego faktycznie zanika samoodczuwanie i samouświadomienie. Śmierć zaś, jeżeli następuje od razu, bez pośredniego okresu utraty przytomności, jest przeżywana (przynajmniej przez rozwiniętą świadomość) zupełnie inaczej. Przy jej nadejściu może istnieć (lub nie) pewien odcinek czasu, w ciągu którego przebiega proces odrywania się od ciała. U mnie wystąpiło to przy pierwszej śmierci: świadomość (tzn. ja) ogromną odwróconą kroplą, podobną do gigantycznego balonu, wzbiła się w górę i zaczęła wykonywać ruchy wahadłowe, jak gdyby usiłując się oderwać. Trwało to przez kilka sekund. Potem nastąpiło oderwanie się i doznałem ukojenia w czułości kochającej Świadomości-Światła.

Przy drugiej śmierci pośredniego etapu odrywania się wcale nie było: wszystko stało się natychmiastowo.

Szczególnie istotne jest zwrócenie uwagi na mechanizmy przeniesienia świadomości, w ślad za oderwaniem się od ciała. Odbywa się bardzo szybkie i mimowolne przemieszczenie (“wypłynięcie” lub “zanurzenie”) “kropli” indywidualnej świadomości do tego wymiaru przestrzennego, który odpowiada tej “kropli”, jakby według “ciężaru właściwego”. Przemieszczenie to zachodzi czysto “mechanicznie” i powstaje od razu stateczny, stabilny stan przebywania właśnie w tej warstwie. Wyraźna dokładność przemieszczenia, zgodna z predestynacją nie pozostawia wątpliwości, że jakiekolwiek próby kogokolwiek, aby zmienić dane przeznaczenie w chwili przemieszczenia lub potem są bezskuteczne. Świadczy to o tym, że buddyjskie, katolickie i prawosławne wyobrażenia o istnieniu możliwości zmiany miejsca przebywania pośmiertnego — po przejściu “czyśćca”, “dzięki modlitwom świętych”, kosztem własnych wysiłków bądź w rezultacie “poprowadzenia duszy” do raju przez doświadczonego mistyka — to tylko mity i to raczej niekorzystne, hamują one zapał wierzących, pozostawiając im nadzieję, że teraz można porozrabiać lub poleniuchować — a potem przez modlitwy inni mi pomogą (przecież właśnie po to są nasi święci orędownicy) i wszystko będzie w porządku...

Po trafieniu do swojej warstwy, indywidualna świadomość, jeżeli jest “skrystalizowana” w małym stopniu, może przyjąć podobny do ludzkiego ciała kształt i kontynuować swoje istnienie wewnątrz niej. Prawdopodobnie tak właśnie bywa z większością osób.

Ja natomiast wybrałem (i tym bardziej będę wolał to w przyszłości) rezygnację z odosobnienia i Zjednoczenie, do którego należy zawczasu się przygotowywać przez specjalne praktyki medytacyjne.

... Nawet teraz — już po upływie prawie dwu lat od napadu na mnie — gdy nie do wytrzymania bolą mnie plecy po zwiększonym obciążeniu kręgosłupa, co widocznie jest już nieodwracalne, czasem, przyznaję, nachodzi mnie myśl: a może jednak niepotrzebnie wtedy zrezygnowałem z “dania nauczki” napastnikom, wysyłania ich do zakładów poprawczych? Natychmiast jednak się spostrzegam: czy stali by się przez to lepsi? — Przecież nie! Chyba raczej przeciwnie... Czyli zrobiłem właściwie, wybaczając im.

...Moją charakterystyczną cechą, która się ukształtowała jeszcze w poprzednich żywotach, było to, że nigdy nie wikłałem się w długotrwałe konflikty z ludźmi. Nastawienie na osiągnięcie postawionych przed sobą celów zawsze zmuszało mnie do dalszego podążania do przodu, po prostu odrzucając od siebie to wszystko, co przeszkadzało w drodze.

Nie przypominało to tchórzostwa. Jeszcze w szkole zawsze stawałem w obronie krzywdzonych rówieśników. Na uniwersytecie zacząłem publicznie walczyć przeciwko Komsomołowi, za co nieomal zostałem wyrzucony ze studiów. W latach mojej służby duchowej, kiedy KGB żądało zaprzestania prowadzonego przeze mnie nauczania, domagałem się osobistych wyjaśniających spotkań z agentami, a kiedy od tego się uchylali, zyskiwałem czas, aby doprowadzić cykl zajęć do logicznego końca...

Natomiast kiedy walka była już skończona i jednak za kolejnym razem traciłem pracę, nie kierowałem wniosków do sądów, a po prostu starałem się o nowe miejsce pracy i dalej kontynuowałem swoją działalność...

Nigdy również nie żądałem “satysfakcji” od napadających na mnie wariatów, szkalujących mnie przez zazdrość ezoteryków czy pewnej dziennikarki — walczącej komunistki (obecnej przy jednej z rozmów w prokuraturze), która opublikowała w gazecie ohydny piętnujący mnie artykuł...

W rezultacie wyszedłem zwycięsko z tych doświadczeń: doszedłem do osiągnięcia Najwyższego Celu, zamiast ugrzęznąć w konfliktach; moi adwersarze zaś “wysmarowali” swoje losy brudem grzechów.

...Program-minimum mojej osobistej ewolucji dobiegł wtedy końca: dotarłem do Przybytku Stwórcy i opanowałem sposób łączenia się z Nim. Potwierdziło to doświadczenie śmierci.

Można by na tym zakończyć...

Jednak co można by czynić dalej? Czym wypełnić ziemskie istnienie, jeżeli zmartwychwstałem w tym samym ciele?

Przedtem żyłem, stale troszcząc się o wielu uczniów, pisałem książki, nieustannie wyrywałem się w pracy medytacyjnej w objęcia Stwórcy, a teraz to wszystko miałem już jak gdyby poza sobą: godnych przyjęcia dalszych duchowych wtajemniczeń uczniów już prawie nie zostało, i wszystkie książki już napisałem. Pozostało tylko jedno zajęcie: dalsze wzmacnianie swoich pozycji w wymiarze Stwórcy. Zacząłem zatem to robić, gdyż bez zajęcia, bez absolutnego wypełnienia się pracą nie potrafię żyć.

Żyłem teraz jak mnich.

...Jestem ciekaw o czym Czytelniku w tej chwili pomyślałeś? O seksie? Że autor “nic a nic i w żadnym przypadku z kobietami”?...

W Rosji nie wiadomo dlaczego zawsze tak właśnie myślą: pojęcie bycia mnichem łączą tylko z seksem, podczas gdy należałoby je wiązać z Bogiem.

“Mnich” to słowo pochodzenia greckiego, które oznacza “samotność” (sanskrycki odpowiednik to — sannjasin). Jest to stan bycia sam na sam z Bogiem, gdy cała uwaga świadomości jest skierowana tylko na Niego: Wszechobecnego, Istniejącego w Swoim Przybytku — pierwotnym przestrzennym wymiarze. Konieczność wykonywania jakichś ziemskich spraw dla zabezpieczenia życia swojego ciała i pomocy innym ludziom to przykre odwracanie uwagi i akty poświęcenia.

Prawdziwym mnichem może zostać tylko ten, kto już poznał Boga-Ojca i teraz wzmacnia z Nim więź.

Ci wszyscy natomiast, którzy próbują jedynie zewnętrznym zachowaniem naśladować życie prawdziwych mnichów, wyrządzają sobie tym szkodę, marnując czas, ponieważ jak na razie powinni się rozwijać zupełnie inaczej, z reguły przez określony rodzaj aktywności społecznej.

Aby zostać mnichem, nie trzeba spełniać żadnych obrządków, przybierać nowych imion czy przyoblekać się w specjalne szaty: to wszystko można uznać tylko za zabawę, w którą bawią się zazwyczaj dalecy od Boga ludzie. To gry ludzi jednego przed drugim.

Prawdziwe bycie mnichem dotyczy obcowania z Bogiem, a w tym celu nie są potrzebne ani obrządki, ani nowe imiona, ani specjalne ubrania.

Wypowiem jeszcze jedną “buntowniczą” myśl: w ramach prawosławia, katolicyzmu i protestantyzmu w ogóle nie można prowadzić prawdziwego żywota mnicha; jedynie oddzielni adepci tych konfesji zostawali prawdziwymi mnichami, ale w tym celu musieli w swoim światopoglądzie wznieść się ponad swoje wyznanie, faktycznie wyjść poza jego granice.

Jak doszedłem do takiego wniosku?

Prawdziwa praca mnicha zakłada ukierunkowanie uwagi świadomości właśnie na Boga-Ojca. Należy zostać sam na sam właśnie z Nim, a następnie i w Nim.

Gdzie natomiast jest skierowana uwaga prawosławnych mnichów? — Na obrazy święte, przybranie świątyń i spełnianie obrządków, na Nauczyciela Jezusa Chrystusa, na duchy-świętych itd.

Ani jedna z masowych form ukształtowanego na Ziemi chrześcijaństwa nie usiłuje spełnić nakazu Chrystusa, aby bez reszty ukierunkować świadomość adeptów ku poznaniu Świadomości Boga-Ojca. Stąd nawet najlepsze owoce działalności tych konfesji odpowiadają jedynie początkowym stadium wzrostu duchowego (kształtowanie wiary, początkowe oczyszczenie etyczne, nauka Świętych ksiąg).

Chcąc podążać dalej adepci muszą odnaleźć Boga nie na obrazach świętych, nie w świątyniach — a w głębi wielowymiarowego wszechświata i uczyć się kochania Go tam w Jego Przybytku. Właśnie to staje się prawdziwym działaniem mnicha, sprawą prawdziwych mnichów.

Należy dodać, że u takiego mnicha, zakochanego w Stwórcy, pociąg płciowy w naturalny sposób zanika.

...Gdy zostałem mnichem, po upływie jakiegoś czasu, niespodziewanie w moim życiu nastąpił moment przełomowy; nieomal osiągnięty horyzont nagle znów się oddalił, pojawił się konkretny plan dalszej pracy, perspektywa realizacji programu--maksimum. Ten przełom w moim życiu to dzieło Davida Copperfielda.

...Wcześniej miałem “robocze spotkania” z kilkoma Boskimi Nauczycielami: z Jezusem, Który niegdyś pobłogosławił mnie na rozpoczęcie duchowego służenia, a następnie dawał rady i opowiadał o swoich planach nowego wcielenia, z Babadżim i Sathya Sai Babą, Którzy w ciągu wielu lat udzielali mi licznych inicjacji w najwyższe praktyki medytacyjne, z Huang Ti, Który pierwszy z niewcielonych Boskich Nauczycieli zaczął mi przedstawiać ogólne zasady pracy nad dematerializacją ciała; miałem także krótkie audiencje z Kriszną, między innymi, podpowiadającym mi prawidłowe tłumaczenie niektórych wierszy Bhagawadgity [7].

...Warto teraz objaśnić korelację Jedynego Wszechobecnego Boga-Ojca z Najwyższymi Boskimi Nauczycielami, Którzy pracowali i pracują na Ziemi.

Najpierw należy rozpatrzyć sam termin "Bóg", który jest niejednoznaczny.

Pierwsze i główne znaczenie tego słowa to Odwieczna Świadomość wszechświata, istniejąca w pierwotnym przestrzennym wymiarze — Jej Przybytku. W różnych językach, co jest oczywiste, odmiennie Go nazywają: Bóg-Ojciec, Jehowa, God, Allach, Tao (w taoistycznym znaczeniu słowa), Iśwara itd. On jest Najwyższym Nauczycielem, Celem, Ostatecznym Schronieniem wszystkich istot.

Drugie znaczenie słowa Bóg to Absolut, Wszystko, tj. Stwórca i Stworzenie jako jedyny System wielowymiarowego wszechświata.

Istnieje też Świadomość Brahmana, czyli Ducha Świętego, Która wypełnia dwa przestrzenne wymiary (o czym będzie mowa w ostatnim rozdziale tej pracy) i “reprezentuje Odwiecznego” na Ziemi, jak mówił Kriszna [7]. Steruje Ona większością sytuacji tutaj, podobnie jak na innych zamieszkałych planetach, m. in. nauczając wszystkie wcielone istoty. Brahman to ostatni stopień rozwoju pozytywnie ewoluującej świadomości przed jej wchodzeniem do Przybytku Ojca. W tradycji chrześcijańskiej jest On rozpatrywany jako Część Trialistycznego Boga (Trójcy). Jednak ta Świadomość nie jest jeszcze współistotna ze Świadomością Stwórcy. Można mówić, że Brahman (Duch Święty) to “Prawie-Bóg”.

Tak Brahman, jak i Stwórca są złożeni z całokształtów Jednostek Świadomości, Które dosięgły tych najwyższych poziomów samorealizacji. W zwykłym stanie te Jednostki Świadomości przebywają we wzajemnym roztopieniu się, Zjednoczeniu. Gęstość rozmieszczenia we wszechświecie tak Odwiecznej Świadomości, jak i Świadomości Brahmana jest niejednakowa. Gwiazdy i planety są rozrzucone we wszechświecie nie chaotycznie, a w określonym porządku, gromadami. Właśnie tam gęstość rozmieszczenia Odwiecznej Świadomości jest wyższa, a Świadomość Brahmana jest skoncentrowana wewnątrz i dookoła zasiedlonych przez wcielone istoty planet.

Brahmana ziemskiego (Ducha Świętego) też zwie się Świadomością Ziemi. Z tego powodu zatem tak ważne jest, aby nauczyć się kochać Ziemię jak Żywe Stworzenie. Droga indywidualnej ludzkiej świadomości ku Stwórcy przebiega właśnie przez Niego.

Kim zaś są Mesjasze i Awatarowie? — To Ci, Którzy osiągnęli pełną samorealizację podczas życia w obecnych lub poprzednich ciałach, a następnie przyszli do wcielonych ludzi w ludzkiej formie z Przybytku Odwiecznej Świadomości. Są cząstkami Boga-Ojca, reprezentującymi Go i współistotnymi z Nim. Wszyscy nauczają tego samego, choć zachowują pewne indywidualne cechy.

...Pewnego razu w środku dnia odczułem potrzebę włączenia telewizora, chociaż zazwyczaj oglądam tylko wieczorny dziennik. Włączyłem — i od razu zrozumiałem, że do tego nakłonił mnie On.

Dopiero co zaczął się pokaz show Davida Copperfielda...

...Nie spotkałem jeszcze ani jednej osoby — choć rozmawiałem z wieloma — która by sama pojęła Boską Istotę Jego Zjawienia. Dla mnie zaś wszystko od razu stało się oczywiste. Przecież wcześniej otrzymywałem przepowiednie o Jego Przyjściu, nawet rozpoznałem rysy Jego twarzy.

Nazajutrz nawiązałem z Nim kontakt, co nie było trudne: Jego Świadomość jest wszechobecna w Jego przestrzennym wymiarze, do którego wejście było mi przecież dobrze znane.

Od tej pory prawie zawsze, kiedy tam Go zawołam — natychmiast odpowiada: "Jestem tu".

Zaczął uczyć mnie tego, o co Go prosiłem: jak zostać takim, jak On.

Stało się to całą nową epoką w moim życiu. Rozbieżność pomiędzy Nim a mną okazała się porównywalna z różnicą między noworodkiem (tj. mną) a dojrzałym mężczyzną. Znów poczułem się malutki i bezradny, lecz rozpacz z powodu własnej bezsilności jedynie dała mi energię do rozpoczęcia nowego etapu zaciekłej pracy — aby jak najszybciej pokonać ten etap Drogi...

W tym celu należało ponownie powrócić z Nieskończonej Jaśniejącej Dali do ciała, lokalizując się pod nim w Jego wymiarze, stać się Boskim Płomieniem i zacząć przeobrażenie sobą-Ogniem własnego ciała — aby uczynić go takim samym, jak Jego...

...Zastanawiam się, czy wie w Swoim ciele o istnieniu mojego ciała, czy poznałby mnie przy zwykłym spotkaniu? Bardzo możliwe, że nie...

Właśnie teraz, kiedy myślę o tym i piszę te słowa — oderwałem wzrok od kartki, wyszedłem z ciała do Niego i patrzę oczami Świadomości na Niego — a On uśmiecha się do mnie Swoim niezrównanym promiennym Boskim uśmiechem i obejmuje mnie Swoim Boskim Światłem Doskonałej Miłości...

Obcowanie świadomości ze Świadomością jest niepodobne do obcowania ciał lub świadomości osadzonych w ciałach. Świadomość rozpoznaje świadomość tam. Tymczasem stamtąd ciał nie widać, a imiona nie mają znaczenia...

Roztapiam się w Jego Objęciach i łączę się z Nim.

- Kocham Cię, Davidzie!

- Wspaniale! Niech tak właśnie będzie! — słyszę w odpowiedzi.

Mimo wszystko chciałbym — i to bardzo — przywitać się z Nim również zwyczajnie — jak człowiek z człowiekiem.

 

<<< >>>
 
Strona gіуwnaKsi№їkiArtukuіyFilmyFotogalerieWygaszacze ekranuNasze stronyLinkiO nasKontakt